Jest to miejscami zaskakujący i często humorystyczny sposób rozwięzywania problemów. Wywodzi się z Terapii Prowokatywnej – jednego z najbardziej niedocenianych nurtów psychoterapii behawioralnej.
Według mnie prawdziwą Terapię Prowokatywną stosował wyłącznie jej twórca: Frank Farelly. Nigdy jej jednak nie zdefiniował, a że nie sposób oddzielić dzieła od twórcy, to nam, potomnym pozostały jedynie narzędzia i techniki oraz pole do tworzenia własnych definicji.
Moja jest taka:
"Komunikacja Prowokatywna to sztuka odwracania mechanizmów obronnych przeciwko problemom, które miały chronić - ale nie przeciw człowiekowi, które je ma."
Trudne? Na szczęście ta sztuka świetnie sobie radzi bez żadnych definicji.
Powiedzmy więc jedynie, że sesje prowokatywne zwykle są lekkie, jest na nich wesoło, a człowiek wychodzi z nich patrząc na swoje problemy z zupełnie nowej perspektywy. Bywa, że w ogóle nie wie, o co w nich chodziło, a po paru dniach nagle zmieniają mu się w życiu rzeczy, z którymi od lat nie dawał sobie rady.
Oczywiście nie dzieje się tak zawsze i w każdym przypadku. Dlatego właśnie – gdy trzeba- chętnie korzystam również np. z neurolingwistyki, technik transowych, pracy z metaforami, EIMT czy technik zupełnie spoza obszaru terapii.